czwartek, 18 listopada 2010

Goście i True Blood Crying Pecan Pie.

To była miłość od pierwszego wejrzenia, ale na skonsumowanie jej czekałam prawie rok.

Kremowa tarta z orzechami pekan chodziła za mną nieustannie od czasu, kiedy zobaczyłam ją w obsadzie szóstego odcinka pierwszego sezonu True Blood (bardzo piękna scena w 41. minucie). Od razu wiedziałam, że kiedyś ją zrobię. Trochę nie wiedziałam, jak się za to zabrać, a kiepska dostępność pekanów nie ułatwiała sprawy.

Pewnego dnia znalazłam przepis. A potem przyjechała Zosia, która przywiozła mi z Ameryki ogromną paczkę pekanów. Pierwszy wspólny wieczór w Kopenhadze spędziłyśmy na pieczeniu...







Zdjęcia: Zofia Dziewanowska - Stefańczyk

środa, 13 października 2010

Copenhagen Cupcakes

Ku mojej wielkiej radości otworzono wreszcie w Kopenhadze Agnes Cupcakes. Babeczki wyglądają i smakują obłędnie, a kosztują mniej niż ciasto zamawiane w kawiarni. Niektóre z pozycji są nieco za słodkie (black&white), ale wszystkie sprawiają wrażenie robionych z naturalnych, dobrej jakości składników. Nie znajdziemy tu syntetycznie barwionego na niebiesko kremu, ani cukrowych biedronek. Są za to kawałki wiśni, wiórki czekolady, migdały. Najważniejsza jednak w Agnes Cupcakes jest filozofia konsumpcji. W małym, ascetycznie urządzonym sklepiku w wąskiej uliczce starej części miasta możemy zamówić babeczki na wynos. Dostaniemy je troskliwie zapakowane w indywidualne pudełka i firmową papierową torbę, w której znajdziemy też ekologiczny drewniany widelczyk. Feel-good food. Mój punkt obowiązkowy na dekadenckiej mapie Kopenhagi.





czwartek, 23 września 2010

von Trier w operze


Kiedy zobaczyłam ten plakat, od razu pomyślałam, że to idealna okazja, żeby obejrzeć od środka nową operę. Dancer in the dark to spektakl po angielsku, oczywiście na podstawie filmu Larsa von Triera o tym samym tytule. Króciutki, muzycznie i aktorsko dość przeciętny, jednak o bardzo dobrej scenografii: jednocześnie minimalistycznej i przerażającej. Pierwszy raz słuchałam opery po angielsku i muszę przyznać, że nie była ona wcale bardziej zrozumiała od tych włoskich czy niemieckich. Zaskakująco pomogły duńskie napisy.

Budynek nowej opery zajmuje w rozplanowaniu urbanistycznym Kopenhagi miejsce zupełnie szczególne. Zbudowano ją na osi z pałacem królewskim i monumentalnym kościołem kopułowym Marmorkirken, tuż nad brzegiem kanału. I to położenie zrobiło na mnie dużo większe wrażenie niż samo przedstawienie. Kiedy opuściliśmy budynek, zatrzymał nas w miejscu absolutnie fantastyczny widok nocnych świateł Kopenhagi, podwojony przez odbicie w lustrze wody. Grupa młodych chórzystów, którzy tak jak my wyszli z opery, stanęła na schodach i spontanicznie zaczęła śpiewać. Jak ja uwielbiam chóry!







wtorek, 7 września 2010

Warhol koloruje Muncha

Zakończyłam narzucony sobie po objeździe miesięczny okres izolacji od przybytków tak zwanej sztuki. Pojechałam do Louisiany, muzeum sztuki współczesnej położonego około 40 km na północ od Kopenhagi. Połowę drogi biegnącej wzdłuż zachodniego wybrzeża cieśniny Øresund pokonałam na rowerze, bardzo malownicza wyprawa. Louisiana wygląda jak prywatny dworek z ultranowoczesnymi przeszklonymi dobudówkami służącymi za galerie. Wszystko to otoczone rozległym ogrodem. Na pewno jeszcze napiszę coś mądrego o tym budynku, bo spontanicznie zgłosiłam się do prezentacji na jego temat na mój kurs o architekturze i urbanistyce Kopenhagi. Atrakcją muzeum jest w tej chwili wystawa "Warhol after Munch". Nigdy nie przepadałam za Warholem, no bo co to za sztuka pokolorować coś gotowego, ale bardzo cenię Muncha. Na tej malutkiej wystawie jest około szesnastu litografii Norwega, po kilka powtórzeń każdego z czterech tematów: "Krzyk", "Madonna", "Autoportret" i "Broszka. Eva Mudocci". W ostatniej sali wyeksponowano wariacje Warhola. Przy wejściu na wystawę można było przeczytać: But the myths about the men overshadow the pictures and the artistic praxis, which documents that Warhol is less superficial than his reputation, while Munch could be said to be more superficial than his reputation. Bardzo chciałam się dowiedzieć, w czym przejawia się powierzchowność tematów Muncha i głębia prac Warhola, ale nie zostało mi to objawione. Mimo tego drobnego niedosytu dzień należał do bardzo udanych. Wystawa do 12. września.









niedziela, 5 września 2010

Obserwacje kulturowe

Jeśli miałabym wymienić trzy podstawowe różnice między duńskim i polskim społeczeństwem, powiedziałabym: świętość, starość, luz. W Danii nie ma rzeczy świętych, a największym szacunkiem cieszy się chyba instytucja ścieżki rowerowej. Byłam już w kościele na koncercie elektro, który zakończył się rozdawaniem komunii przez kobietę ubraną w siedemnastowieczną krezę. Piłam piwo w środku dnia na uniwersytecie. Na kampusie wydziału humanistycznego organizuje się nocą imprezy, najczęściej trzy, cztery na raz. Wszystko tu może zmienić swoją funkcję, w zależności od zapotrzebowania i nie ma z tym żadnego problemu. Starzy ludzie nie wstydzą się, że są starzy. Nie czują, żeby spadały na nich jakieś wirtualne ograniczenia, będące wyłącznie konsekwencją upływającego czasu. Robią to, na co mają siłę i ochotę. Biegają w parku z ipodem, jeżdżą na rolkach lub na rowerze w kolorowych kaskach. Wyglądają bardzo różnie, bo każde ubiera się tak, jak lubi, a nie tak, jak powinien się ubierać starzec. Duńczycy są bardzo wyluzowani. Nie stresują się specjalnie, nie pozwalają, żeby sprawy dnia codziennego wytrąciły ich z równowagi. Do wszystkiego podchodzą z dystansem. Łał. Ja się wszystkim bardzo przejmuję nawet w porównaniu z innymi Ciemnogrodzianami. Na duńskiej skali to nie ma dla mnie miejsca.
Po czwarte, dodałabym "równouprawnienie". Siedząc w parku przez dwie godziny widziałam dziewięć osób pchających wózki dziecięce. Jedną kobietę. Ośmiu facetów.

sobota, 28 sierpnia 2010

Cynamonowe ślimaczki

Kiedy mi smutno i samotno. Kiedy ktoś ma przyjść. Kiedy zobaczę inspirujący przepis. Wtedy powstają wypieki.
Dziś na szczęście nie jest mi smutno, lecz spodziewam się gości. Zrobiłam więc cynamonowe ślimaczki. Przepis w sam raz na studencką kieszeń, zwłaszcza jeśli student odkrywa co krok w swojej kuchni nowe zapasy cynamonu. Ślimaczki nie są trudne w przygotowaniu i bardzo wdzięcznie wyrastają. Polecam ten przepis.

Kopenhaga to królestwo wypieków. Ale tych dobrych nie znajdzie się w zwykłym sklepie, ani supermarkecie. Trzeba po nie wejść do eleganckiej piekarni/ cukierni, a ceny są zawrotne. Ogromną popularnością cieszą się tu właśnie ślimaczki z cynamonem, czekoladą, czy rodzynkami oraz wszelkiego rodzaju słodkie bułeczki z ciasta francuskiego i półfrancuskiego. Właściwie istnieje osobny termin danish pastry oznaczający ciasto bardzo podobne do francuskiego, używane do słodkich wypieków. Ale o tym innym razem. Mam nadzieję, że będzie smakowało.



czwartek, 26 sierpnia 2010

Wiatr

O tym, czy mamy sztorm na Bałtyku, wiem zaraz po wyjściu z mieszkania.
Od kilku dni w Kopenhadze szaleje wichura, utrudniając znacznie wszelkie przemieszczanie się. Rower zwiewa albo na chodnik, albo na ulicę. Czasem wieje prosto w twarz, tak, że pedałujesz i stoisz w miejscu. W taką pogodę trzeba bardzo uważać z szalikami, żeby nie zginąć śmiercią Isadory Duncan.

Szczególnie ciężko przejeżdża się przez most. Czy wspominałam już, że mieszkam na jednej wyspie, a uczelnię mam na innej?