Jeśli miałabym wymienić trzy podstawowe różnice między duńskim i polskim społeczeństwem, powiedziałabym: świętość, starość, luz. W Danii nie ma rzeczy świętych, a największym szacunkiem cieszy się chyba instytucja ścieżki rowerowej. Byłam już w kościele na koncercie elektro, który zakończył się rozdawaniem komunii przez kobietę ubraną w siedemnastowieczną krezę. Piłam piwo w środku dnia na uniwersytecie. Na kampusie wydziału humanistycznego organizuje się nocą imprezy, najczęściej trzy, cztery na raz. Wszystko tu może zmienić swoją funkcję, w zależności od zapotrzebowania i nie ma z tym żadnego problemu. Starzy ludzie nie wstydzą się, że są starzy. Nie czują, żeby spadały na nich jakieś wirtualne ograniczenia, będące wyłącznie konsekwencją upływającego czasu. Robią to, na co mają siłę i ochotę. Biegają w parku z ipodem, jeżdżą na rolkach lub na rowerze w kolorowych kaskach. Wyglądają bardzo różnie, bo każde ubiera się tak, jak lubi, a nie tak, jak powinien się ubierać starzec. Duńczycy są bardzo wyluzowani. Nie stresują się specjalnie, nie pozwalają, żeby sprawy dnia codziennego wytrąciły ich z równowagi. Do wszystkiego podchodzą z dystansem. Łał. Ja się wszystkim bardzo przejmuję nawet w porównaniu z innymi Ciemnogrodzianami. Na duńskiej skali to nie ma dla mnie miejsca.
Po czwarte, dodałabym "równouprawnienie". Siedząc w parku przez dwie godziny widziałam dziewięć osób pchających wózki dziecięce. Jedną kobietę. Ośmiu facetów.